treść strony

Pokolenie Z domaga się sensu

O lęku o przyszłość, potrzebie autentyczności i budowaniu wspólnoty mówi Wiktoria Nowak, 24-letnia działaczka na rzecz pokolenia Z, współtwórczyni akcji „Dziewczyny na Wybory” i projektu „GenBoost”

  • Zmiany nie robi się samemu, dlatego tak ważne jest budowanie wspólnoty

    fot. Szymon Łaszewski/FRSE

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłam na określenie, że jesteś „głosem pokolenia Z”. Jak ten głos brzmi?
To określenie zawsze trochę mnie bawi, ale jest mi też miło. Dla mnie głos pokolenia Z to głos, który stracił cierpliwość: z powodu  niespełnionych obietnic, odkładania spraw na później. To głos bardzo niepewny – swojej przyszłości ekonomicznej, klimatycznej, społecznej. Dlatego to pokolenie chce działać tu i teraz, nie czekać.

Twoje pokolenie rzeczywiście jest tak zaangażowane społecznie i obywatelsko? Czy to raczej wąska grupa, a większość pozostaje bierna?
Pokolenie Z, jak każde inne, nie jest jednolite. Są osoby bardziej i mniej aktywne. To, co nas wyróżnia, to świadomość – obserwujemy, co dzieje się na świecie, a to sprzyja zaangażowaniu. Trzeba też pamiętać o kryzysie zdrowia psychicznego, z którym zmaga się wielu młodych ludzi. Gdy walczysz o przetrwanie, trudniej walczyć o zmianę systemową. A jednak widzimy ogrom młodych, którzy chcą zmieniać świat. Często brakuje im tylko wsparcia, zwłaszcza jeśli pochodzą z małych miast.

Co najbardziej ich ogranicza? Właśnie geografia?
Jest wiele czynników, jednak geografia jest jednym z nich. Sama pochodzę z mniejszej miejscowości, chociaż mój Koszalin wspominam z sentymentem. W małych miejscowościach często nikt nie mówi młodym: „Możesz”. Wychylanie się, zwłaszcza u dziewczynek, bywa postrzegane jako coś niegrzecznego. Potrzeba wyrwania się bywa wówczas uśpiona, dlatego tak ważne jest wsparcie innych, którzy wskażą drogę. 

Jak zaczęła się twoja droga aktywistki społecznej?
Od nieśmiałości. Jeszcze w gimnazjum nie wychodziłam do pierwszego szeregu. Bardzo pomogło mi wspieranie moich rodziców w prowadzeniu rodzinnego biznesu nad morzem. Musiałam nauczyć się rozmawiać z ludźmi. A to jest najlepsza lekcja życia. W liceum wystartowałam w wyborach na przewodniczącą szkoły, bo od lat tej funkcji nie pełniła żadna dziewczyna. Kampania była trudna, nie zawsze etyczna, musiałam walczyć ze stereotypami. Ale wygrałam.

Organizując kolejne wydarzenia w szkole, zdałam sobie sprawę, że to kocham: robić rzeczy i angażować w nie ludzi. Jednym z pomysłów było stworzenie różnych komisji pracy uczniów: robienia plakatów, występowania na wydarzeniach, ale też komisji noszenia krzeseł. W tej ostatniej było piętnastu chłopaków, którzy nigdy nie włączali się w żadne działania. Ale raz na kwartał mogli pomóc. To mi pokazało, że warto zabiegać o każdego. 

Bo każdy jest ważny?
Nie ma osób tylko „z przodu” i „z tyłu”. Zmiany nie robi się samemu, dlatego tak ważne jest budowanie wspólnoty. Poza tym samemu na szczycie jest bardzo samotnie. I łatwo z niego spaść, więc warto mieć kogoś, kto potrzyma cię za rękę. Ta myśl towarzyszy mi od liceum. Wtedy odkryłam, że chcę robić rzeczy na większą skalę. Dlatego wybór miejsca na studia był prosty. Padło na Warszawę, bo tu dzieje się najwięcej. Chciałam iść na stosunki międzynarodowe, ale zabrakło mi jednego punktu. Wtedy to była dla mnie tragedia. Dostałam się na organizowanie rynku pracy na tym samym wydziale Uniwersytetu Warszawskiego. Planowałam, że zamiast brać rok przerwy, postudiuję, a potem poprawię maturę i pójdę na stosunki. Tak się nie stało, najwyraźniej nie wszystko da się w życiu zaplanować. I dobrze, bo nowy kierunek mnie wciągnął, dał mi niszę, jaką jest temat zmian demograficznych i technologicznych na rynku pracy, oraz okazję do odbycia wielu godzin praktyk, a ja najlepiej czuję się właśnie w działaniu. Studia były ważne, ale moim światem szybko stał się samorząd studentów. Organizowaliśmy juwenalia, duże wydarzenia, wspieraliśmy uchodźców po wybuchu wojny w Ukrainie. To była praca 24 godziny na dobę.

Od poziomu studenckiego szybko przeszłaś na poziom ogólnopolski, organizując akcję „Dziewczyny na Wybory”.
Właściwie przez przypadek. Ze znajomymi pojechaliśmy na Campus Polska Przyszłości. Był 2023 r., portal OKO.press przeprowadził wówczas głośne badanie, z którego wynikało, że co druga Polka nie zamierza iść na wybory parlamentarne. Znajoma poprosiła, żebyśmy spontanicznie nagrały spot z apelem do kobiet, by głosowały. Nie odbił się specjalnie szerokim echem, ale zdałyśmy sobie sprawę, że na Campusie jest z nami wiele wybitnych i znanych osób, dzięki którym idea mogłaby wybrzmieć. Zaczęłyśmy zapraszać je do naszej akcji. Odpowiedziały m.in. Agata Młynarska, Anna Maria Wesołowska, prezydentowa Jolanta Kwaśniewska. Powstała oddolna pozapartyjna inicjatywa, która szybko rozeszła się na cały kraj. Poczułyśmy, że mamy moc i warto ją wykorzystać. Tak powstała cała organizacja Dziewczyny na Wybory, w której nie ma hierarchii, wszystkie się uwielbiamy i pracujemy dalej. Odbyły się kolejne akcje poświęcone wyborom samorządowym, prezydenckim oraz do europarlamentu. A w wyborach w 2023 r. rzeczywiście rekordowa liczba kobiet poszła do urn, do czego dołożyłyśmy swoją cegiełkę. 

Da się działać blisko polityki i pozostać apartyjnym?
Tak, jeśli wspierasz ideę, a nie partię. My wspieramy partycypację kobiet w polityce – lokalnej i krajowej. Krytykujemy wszystkie ugrupowania, które nie dbają o prawa kobiet. Nie chodzi tylko o prawo do decydowania o własnym ciele, ale też o rynek pracy, lukę płacową, nieodpłatną pracę domową, macierzyństwo.

Jak młodzi podchodzą dziś do polityki i wyborów?
Z moich obserwacji mogę wyodrębnić trzy grupy. Jedna to aktywni i wierzący w sprawczość. Sama jestem wśród nich i uważam, że demokracja to nie tylko pójście do urn, ale praca na pełen etat. Druga grupa to ludzie rozczarowani i wycofani, wychowani na kłótniach rodziców między PO i PiS-em, którzy nie chcą już w tym sporze uczestniczyć. A trzecia grupa to – widoczna w całej Europie, a zatem także i w Polsce – grupa młodych radykalizujących się. Gdyby w naszym kraju na prezydenta głosowali wyłącznie młodzi ludzie, wygrałby albo Sławomir Mentzen, albo Adrian Zandberg. 

Pokolenie Z ma też silny wizerunek na rynku pracy. Młodzi są często postrzegani jako roszczeniowi i nielojalni. Jak ty to widzisz?
To uproszczenie. To pokolenie dorastało w świecie niepewności i automatyzacji. Ono wie, że model pracy się zmienia. Nie chodzi o lenistwo, tylko o inne oczekiwania – elastyczność, autentyczność, potrzebę sensu. Dlatego w Fundacji OFF School, w której obecnie pracuję, stworzyliśmy „GenBoost” – projekt łączący młodych ze światem biznesu. Mamy już ponad 40 klientów, których wspieramy w zakresie komunikacji międzypokoleniowej, wewnętrznej, zewnętrznej, motywacji i adaptacji nowych pracowników. Zatrudniamy 30 młodych osób, które prowadzą szkolenia dla tych firm, często dużych korporacji. Uczą starszych przede wszystkim autentyczności, bo młodzi nie oczekują od szefa, że będzie wiedział wszystko, ale że będzie miał odwagę przyznać się do błędu. Od starszych z kolei młodzi chcą – jak to określają w badaniach – uczyć się bycia skutecznym.

Mówi się, że młodzi uczą nas balansu między pracą a życiem prywatnym.
Nie zgadzam się z tym, uważam, że pokolenie Z ani trochę nie jest pokoleniem balansu. Kto ma dwa osobne telefony, prywatny i służbowy? Oczywiście, że osoby starsze. Poprzednie pokolenia pracowały bardzo dużo, trudno było im wyjść z pracy, ale gdy już z niej wyszli, mieli technologiczne możliwości, by się od niej odciąć. Dwudziestolatek nie jest w stanie wyjść z pracy na sto procent, bo ma ją w prywatnym telefonie. Stąd te wszystkie pomysły na workation, wyjechanie w Bieszczady i pracowanie stamtąd. Ale to nie balans, raczej work-life integration. Uwielbiam działać, przemawiać, organizować, to moja codzienność. Ale nauczyłam się też, że bez odpoczynku, odcięcia się raz na jakiś czas nie da się działać długofalowo.

Najstarsze zetki mają już około 30 lat. Co dalej, gdy przestaje się być „młodą działaczką”?
W kwietniu kończę 24 lata. Mam świadomość, że za chwilę nie będę najmłodsza na sali. To niesamowicie ciekawy moment, pewnej weryfikacji, czy swojej pracy nie opierasz tylko na młodości. Bo gdy przestajemy być najmłodsi, przestajemy być na swój sposób wyjątkowi. Gdy przestajemy wyróżniać się wiekiem, trzeba postawić na coś innego. Moim zdaniem – na wiedzę i eksperckość. I umiejętność robienia miejsca innym. Cieszę się, że po mnie pojawią się młodsi, bo to znaczy, że moja praca na rzecz tego, by byli widziani, procentuje.

Zastanawiam się, czy sukces należy tylko do tych, którzy dają się zobaczyć, są przebojowi? Co z tymi, którzy wolą być z boku?
Opowiem pewną historię. Przy „GenBoost” pracuje ze mną moja przyjaciółka – osoba o niezwykle analitycznym umyśle, która wspiera mnie we wszystkich rzeczach, których sama nie umiem robić. Ostatnio odważyła się poprowadzić swój pierwszy warsztat. Zrobiła to z własnej inicjatywy i była po nim zachwycona. Nie musimy być widoczni cały czas, ale warto od czasu do czasu pokazać swoją pracę. Warto też tworzyć takie zespoły, które są doceniane wspólnie – to klucz do motywacji. Projekty buduje się zarówno na froncie, jak i na zapleczu, a ta druga praca jest równie ważna. Trzeba też pamiętać, że bycie twarzą projektu to nie tylko fajerwerki. Kiedy wyszłam z jednego z moich największych występów w telewizji, w moim telefonie nie było wyłącznie wiadomości: „Brawo, Wika”. Pojawiło się też dużo hejtu, a nawet gróźb. To jest druga strona sukcesu, której często nie widzimy. 

Nie każdy jest na to gotowy?
Nie i nie musi być. Dla mnie działalność społeczna to nie tylko realizowanie wielkich, medialnych projektów i pociąganie za sobą tłumów, ale też małe, codzienne decyzje. I znalezienie tego, co sprawia nam radość. Jeśli fascynuje nas pielęgnowanie drzew albo wychodzenie z psem ze schroniska na spacer, to jest to najpiękniejsza rzecz, którą możemy dać światu. Bo on nie potrzebuje tylko głośnych, przebojowych osób, ale też takich, które po prostu będą robić rzeczy. A co to dokładnie będzie? Po to mamy dwadzieścia lat, żeby tego szukać. 

 

Zainteresował Cię ten tekst?
Przejrzyj pełne wydanie Europy dla Aktywnych 1/2026: